Epilog
Wie pani, to się kłębiło w powietrzu od dawna. Jego żona coś podejrzewała od miesięcy, w końcu wynajęła detektywów i skompletowano nam piękną dokumentację fotograficzno-głosową. Potem przyszła do Warszawskiego i go wtajemniczyła. Przez dwa tygodnie wytrzymał w ciszy pomagając jej w snuciu planów, zdobywaniu dowodów i pogrążaniu się w detalach. W końcu posadził mnie wieczorem przy stole i nożycami do metalu przeciął obrączkę. Noc sądu, ja tylko piłam i patrzyłam jak zabiera mi telefon, kluczyki od samochodu, komputer. Potem ona przyszła, w bluzce w tygrysi wzorek i wypytywała gdzie w ich domu to robiliśmy. Potem z mojego telefonu wysyłali wiadomości do niego, tak, że przyszedł w końcu, niczego nie podejrzewając. Ale to chwilę tylko trwało, Warszawski też nie był na to przygotowany, wyrzucił go szybciej niż zamienili dwa zdania.On zniknął, mi w końcu zniknęły siniaki z pośladków i ślady od podduszania. Organizm się oczyścił z alkoholu i narkotyków, zmieniłam pracę, nie ma tygodnia, żebym nie była w podróży, przechodzę przez security czysta i pokorna. Dziecko mnie odzyskało. Cały czas, którego nie miało nigdy wcześniej.
Pani wie, że ja nie jestem dobra w zadośćuczynianiu i przeprosinach. Mogę, owszem, zrobić i powiedzieć, czego się oczekuje, ale zawsze z tępą i hardą miną. Bo w tamtych okolicznościach poszłabym w to raz jeszcze. Dziś już mam swoje stygmaty i wszystkie hardkorowe doświadczenia jakie może pani sobie tylko wyobrazić.
Dziś mam pełne spektrum, mogę wybierać swobodnie.
Jak tylko
jak tylko
dowiem się czego chcę.
Można mnie karać na milion sposobów. Biciem, poniżaniem, no już, dalej, pani wie, że nie można mi zrobić niczego, z czego się nie podniosę.
Bo nieczucie to moja pierwsza cecha.
A szarpanie za włosy wręcz uwielbiam.
by greta 2012-04-09 15:44:37
skomentuj (11)
Przepraszam
Tknąć miękkie ciało w windzie, przy lustrze, aż zadrży.Odcięcie części opalonej od nie. I od białego topu.
Pusta głowa, a serce boli bardziej niż wątroba, szczególnie trafnie z jednoczesnym zrozumieniem dlaczego w biurowcach nie można otworzyć tych zajebistych okien na całość ściany.
I pieprznąć się tym miękkim, drgającym ciałem w środek fantazyjnie tryskającej fontanny.
Ależ by tęcza wybuchła, ależ krwawy powidok świetlny.
Podłubać widelcem w talerzu, udać, że głód nie istnieje, nie rzucić się na jedzenie i nie wymiotować później. Klasssa. Chłód i opanowanie.
Oddychaj, pij wodę.
Śni mi się nawracający koszmar, że tonę. I nic nie jest tak straszne jak pęknięcie tego czegoś w uszach i krew się szalowo zawijająca wokół szyi.
Suicydalny kołowrót, przepraszam.
by greta 2011-08-09 21:22:10
skomentuj (15)
Sezon w piekle
Leżę, patrzę w sufit. Miejsce dowolne, może być dom własny lub obcy, pokój hotelowy, a nawet, od biedy, tylne siedzenie samochodu. Ciemno jest, prawie nie widzę. Ruch przy podłodze. Koty. Czyli jednak - jestem u siebie.Z pełnym oddaniem nienawidzę swojej pracy. Wypuszczam do niej którąś ze schizofrenicznie szczęśliwych wersji, zapieprza po korytarzach, z każdym się przyjaźni, grzecznie przeprasza za niedopatrzenia i nie chwali się osiągnięciami. Mdłości na samą myśl o sobie takiej.
Warszawski zabiera dziecko i znika na długie tygodnie, w domu aż dudni między ścianami, między jednym piciem a drugim, między powrotem nad ranem i wiecznie tym samym towarzystwem rozwalam buty w korytarzu, kosmetyki z torebki, niedopita kawa i to tak funkcjonuje dzień po dniu, nie chce mi się sprzątać, nie chce mi się, nie mam dla kogo.
Świat sam dla mnie istnieć nie musi i to nie jest przekora. Zwykła oszczędność.
Z ciałem zaś można zrobić wszystko. Dać każdemu. Z ciałem jest łatwo.
Gorzej z bagażami.
by greta 2011-07-18 17:20:04
skomentuj (6)
Booo!
Głowa jak okutana watą, papierosy, alkohol, niedojadanie, zmęczenie, brak snu, potem ciąg narkoleptyptyczny przez prawie dwadzieścia godzin, praca w kółko, migotanie biurowego światła, buczenie klimatyzatorów, kroki tłumione wykładzinami, dzwonki telefonów i trzaskanie drzwiami.Czuję jak ból wypycha mi oczy na zewnątrz przez głowę.
Opieram się czołem o szklaną ścianę, patrzę na miasto, zaklinam, żeby mnie nie pochłonęło żywcem.
Niech mnie ktoś stąd zabierze jak podświadome marzenie o KingKongu w jakiejś ludzkiej wersji, troglodycie, co chwyci za włosy i wywlecze, bez gadania, dalej, rusz się, bo ci przypierdolę.
Takie nietypowe uosobienie rycerza na białym koniu.
Wiosna domaga się regularnych ofiar, coś trzeba poświęcić, jakieś zęby zacisnąć, robić to, czego się nie lubi, bez marudzenia i z podniesionym czołem.
Móc przejść spokojnie w słońcu z papierosem i beztroską to jedyne, co się dostaje w zamian.
Królestwo za chwilowe poczucie, że jestem sama.
Nie jestem sama. Mam taki folwark do zarządzania, troski, żonglerki, taki bagaż zależności, że jak się kolejno odbijają w sennym ciągu to aż siadam gwałtownie na łóżku, spięta i spocona. Język mi się zawija do środka w rozpaczliwym "kurwa".
I nagle rządek szeleszczących listków, srebrnej folii, plastikowych opakowań.
Cała, przestraszająca kolekcja.
I ja, uśmiechnięta, spokojna, lekko przejęta.
Przygotowania jak do randki i myślenie tylko o tym, czy w końcu pójść na całość.
by greta 2011-05-18 20:15:13
skomentuj (7)
Styczne
Zmiana to jedyna stała w moim życiu.Siedzę na podłodze w hotelowym pokoju w Pradze, wciągam spodnie, wygrzebuję buty z walizki, papierosy na stoliku, resztka wina w kieliszku. Ruchomy krajobraz, wynajęta przestrzeń, neutralna, przezroczyste krzesło, ogromne okno, po drugiej stronie lampki przy łóżkach, przypadkowi sąsiedzi, telewizja, papierosy, stukanie w komputery. Udawane domy, udawane relacje z ludźmi, udawane spokój, pewność siebie i oswojenie z sytuacją.
Zmiana, lot przez Monachium, świst dookoła głowy, przesunięcie dekoracji, taksówka, zrzucić buty w progu, w ubraniu runąć na łóżko. Dom. Cicho. Pusto. Dom.
Stara zasada się znowu usztywnia przez przełyk i utrzymuje wszystkich na zdrowy dystans wystającego z tego przełyku kija. Wchodzenie w związki nie kończy się dobrze. Rodzą się z tego problemy, dzieci i zależności finansowe. K. opowiada jak wracały z koleżanką z pogrzebu przyjaciółki i rozmawiały, jakie to dziwne, kiedy nie można zrealizować wspólnego planu o zabieraniu wnucząt nad morze, bo ludzie umierają nagminnie i nagle. Odstrzeliwują się jak kaczki.
Albo się zawijają i odchodzą całą grupą zostawiając po sobie 16 butelek po winie i kwiaty, które i tak prędzej czy później trzeba wypierdolić bez sentymentów.
Męczy mnie hałas, kłuje w ucho, uspokaja dopiero ręka dookoła ramion, zasypiam gwałtownym spadnięciem.
Niedługo skończe trzydzieści trzy lata, wiek chrystusowy.
Najlepsza pora by oddać życie za coś świętego.
Na przykład za święty spokój.
by greta 2011-01-23 15:06:19
skomentuj (14)
Cele wyższe
O dwudziestej drugiej w niedzielę dowiedzieć się, że opiekunka jest chora, wymieniać smsy z szefem forsując home office na poniedziałek, w nocy jechać do firmy po kompa, żeby w poniedziałek od siódmej wykręcić się z telco, bo z dzieckiem na plecach się nie da. Maile, dwa telefony przed kawą, płatki na mleku i skarpetki antypoślizgowe, bo nie możemy znaleźć drugiego kapcia. Poczta, bajka, porysować, wyjaśnić sprawdzić wysłać zrobić zestawienie, spacer, sklep, drugie śniadanie, sok, obrać jabłko, zupa, pisać artykuł, odpowiadać na maile i telefony. Położyć spać, obiadek, wyczyścić rękaw kurtki i błoto z bucików. Poczekać aż wróci, zrobić obiad, pojechać do lekarza. Obciąć dziecku paznokcie przed kąpielą, przygotować kolację, włączyć pralkę, zmywarkę, zawinąć sie i wyjść.Wrócić po dwudziestej drugiej przez puste miasto, na nogach drżących od jive'a albo samby, śnieg się układa kolorami neonów, mętne zmrożone powietrze, zapalić papierosa, schować się w kaptur, poprawić tenisówki w torbie. W wejściu do domu dostać opierdol za papierosa. Pójść do kuchni, schować zupę do lodówki, umyć półkę na której położył kiszone ogórki, zmienić worek w koszu ze śmieciami, rozładować zmywarkę, rozwiesić pranie. Zmyć kawę ze swojego kompa, bo rozlał i nie zauważył. Padając na ryj dokończyć artykuł, wysłać.
Zamiast pójść się nachlać i rżnąć.
by greta 2010-12-06 23:21:41
skomentuj (8)
Nie mogę, nie mam siły
Zmiana pory roku, ciemno od piętnastej w górę, dostrzegalność bodźców się zmniejsza, więc się znowu bardziej skupiam na sobie, chodzę w tym mroku i myślę, kim jestem.A raczej, kim, kurwa, nie jestem.
Bo ostatnio to chyba mogłabym być każdym, kimkolwiek. Ja, elastyczny bezkręgowiec, spełniam wszystkie oczekiwania, odgaduję życzenia w połowie słowa, podlizuję się światu
a
i tak
i tak
mam z tego gówno.
Niesie mnie fala dwubiegunowej depresji, zalewa płynami ustrojowymi, aż planuję zbrodnię doskonałą paradoksalnie w krystalicznym afekcie, ale mój syn, mój owoc nigdy by tego nie zrozumiał. Nikt by tego nie zrozumiał.
Synu mój, mój tworze, mój wytworze. Jakie to obrzydliwe.
W świecie drugiego bieguna, z pijackim rozmachem mam i mogę wszystko. I zrobię wszystko.
Nie poznaję się.
To, co się dzieje, to nie moje życie.
Pozostały, namacalny, realny fantom.
by greta 2010-11-22 23:15:37
skomentuj (13)
Niebezpieczne odległości
Miękko i płynnie jadę w półmroku. Miasto się cyk cyk cyk przesuwa mimo świetlnymi powidokami, ręce mdleją na kierownicy, to samochód mnie prowadzi trochę szerszymi łukami, trochę spokojniejszym hamowaniem, trochę na własne wyczucie. Sensoryczność karoserii, wyczuwanie niebezpiecznych odległości na całej powierzchni ciała - żądanie od przyszłości.Niebezpieczna odległość jest wtedy, gdy impet objęcia rury kolanami jest odrobinę zbyt duży, dosłyszalny świst powietrza między udami i kończy się głuchym, gwałtownym klapnięciem ciała o sprzęt. Rozległe zasinienia po wewnętrznych stronach, ból, drżenie mięśni, krajobraz po bitwie. Jestem świeżym rumowiskiem, ale wierzę, że z popiołów się wygrzebie nowe i lepsze.
Kiedy ja tu siedzę, w rozgrzebanej pościeli, niezorganizowana i nago ciemno, choć za zasłoniętym oknem wszędzie pełne słońce, kiedy ja tu to oni tam, zbierają się, pakują, ja mam swoje życie, pracę, zajęcia i ludzi, a oni do mnie dzwonią, że byli na spacerze i o której wstali, odległość się zwiększa, gdy się wieczorem nie mogę dodzwonić, zasypiam późno sama i nikt nikt nikt nie mówi mi dobranoc. Piję kawę, palę papierosa, nogi w górze, ściągam ręką włosy. To wszystko o mnie, nie ma nic więcej.
Alkohol, owijam udem biodro obcego mężczyzny, trzymam się, wiem jak rozkładać akcenty w rytmicznym poruszaniu, pozorna bliskość, obce ręce, nieznane ciało, odwieczny rytuał, zatknąć flagę, odśpiewać hymn, spierdalać.
Magia samotności, ułuda wyłącznego decydowania o sobie dopóki mi poblask w oku nie zmienia się w mdłości, migrenę i huk w głowie. Ślepa, chora i półprzytomna wieszam się na kimkolwiek, miłość, szacunek i wierność mogą się każdorazowo zamknąć w bezradności, potrzebuję równa się jestem twoja.
A to zwykłe kurewstwo jest, nie ukrywajmy.
by greta 2010-09-26 18:46:19
skomentuj (5)
Z dedykacją
Po rutynowym piaskowaniu zębów nie mogę bez bólu otworzyć poparzonych sodą ust.Więc milczę i nie jem,
komfort posiadania realnego powodu do swoich irytujących manier.
Milczenie inicjuje niespodziewane wyznania, ludzie się garną jak pod opiekę, choć słyszę też, że jestem jak współpasażer w pociągu, obcy, można mi powiedzieć wszystko. Ona jest rok młodsza niż ja wtedy, jej przyszły mąż o dwa lata niż aktualnie Warszawski. Ona nie bardzo chce tego ślubu, ale ma porządnie poukładane w głowie, chyba, że tylko sprawia takie wrażenie. Nie wiem czy podobne losy implikują później podobną historię, ale mówię jej z czystym sumieniem - nie bój się.
Ja nazywam się Żona-Matka Pracująca. Obawiam się, że w większości jestem bezużyteczna. Ale też nie chce mi się wierzyć, żeby wybór wyjścia zmienił cokolwiek. To tylko trzyma mnie przy życiu.
Moja raz wybrana Drogo, nie pozwól mi się rozpierdolić na byle zakręcie.
Bo gdy już nasi mężowie umrą, a dzieci wyjadą i zapomną,
to, droga przyjaciółko,
odpalimy historię z backupów
i powspominamy to wszystko co dzisiaj jest albo i czego nie.
by greta 2010-08-03 20:14:02
skomentuj (9)
See you
Siąpi. W pośpiechu zgarniam do torby getry i tenisówki, dziecko z uśmiechem mówi papamama,sumienie chrzęści, konieczność wyboru robi mi wojnę w mózgu. Podświadome, że przecież niczego tak naprawdę nie muszę, zatrzymuje mnie w pół drogi, ale czujny monitoring psychiatrycznego oka pcha dalej jak rozliczająca siła. Bo co ja jej powiem kiedy znowu pójdę po receptę?
Że nagła martwica wszystkich tkanek z ubraniem włącznie?
W naszej wersji Madonny z Dzieciątkiem w rolę Madonny wciela się z powodzeniem Warszawski.
Ja mam znowu tendencje ucieczkowe, jakbym już zrobiła swoje.
Kolega częstuje mnie w pracy papierosami, weź trzy, mówi, biorę, bo przecież
nigdy nie wiesz na jak długą drogę będą musiały wystarczyć.
by greta 2010-06-15 17:01:22
skomentuj (2)
Miss Kompromis
Próbujemy spać, ale bezsenność jest na tyle charakterystyczna dla depresji, że się oboje nie wywijamy. Konsekwencje bezpowrotnie utraconej beztroski. Wstaję i odruchowo włączam kalkulator zamiast notatnika i choć niektórzy potrafią opisywać rzeczywistość liczbami to ja nie umiem. Mam w głowie wyboistą falę, na której się nie utrzyma żaden konkret.Miasto odtajało po zimie, kurz i wonie się unoszą w górę, kłęby rozsiewu przewalają schodami i wchodzą w okna, na ulicy, przed drzwiami sklepu znudzeni mężczyźni podpalają je zapalniczką i patrzą na strzelający, gwałtowny fajerwek. Psy-bydlęta szczekają z półbalkonów, kobiety noszą w siatach rabarbar i sałatę, świat się nie zmienia, choćbyśmy co roku próbowali.
Ciągłe ustalanie reguł i walka o kompromis. Idę Poznańską, swoją drogą to fantastyczne, że do pracy mam dziesięć minut pieszo od domu, pierdolę korki, pierdolę godziny spędzane w samochodzie, idę i niosę parasolkę, idę i jestem zadowolona, jestem zwierzęciem miejskim, zwierzęciem biurowym, dajcie mi wykładzinę i zapach kserokopiarki a będę miała wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu. Piątki spędzam z synem, odhaczam kompromis na linii praca-dom.
Nie dostrzegam mężczyzn choćby się nie wiem jak prostowali, wyrugowała mi się tożsamość płciowa, więc ją ręcznie przywracam, obcięte przy skórze paznokcie pomalowane na intensywny kolor, trening pole dance, po którym mam siniaki na kolanach, kompromis między byciem matką a wolnością, między kontrolowanym zarządzaniem a kobiecą beztroską.
Piję ciemne piwo, siedzę przed telewizorem.
Złote środki nie istnieją, kompromis jest wtedy, gdy nikt nie jest zadowolony.
Nawalona antydepresantami mam to szczerze gdzieś.
Najważniejsza jest łatwość.
by greta 2010-05-11 17:05:26
skomentuj (8)
Kompulsywnie
Celebra i certolenie wokół każdego posiłku. Pociążowa obsesja na temat ciała doprowadziła mnie w okolice pięćdziesięciu kilogramów, sesja na temat ciała doprowadza do konkluzji, że nadal nie wyglądam przynajmniej dobrze.Nie jem, przebieram nogami w kolejce po paskudną kawę, robi mi się słabo. Dziecko mnie przeciąża.
Wieczna pozycja na ugiętych kolanach, aż boli mnie od tego kark, aż wyglądam jakbym się próbowała osunąć na podłogę.
Głód. Histeria wokół jedzenia. Głód.
Jest późno. Śnieg zacina we mnie się zacinają wszelkie odruchy w obronie życia, mam jakąś systematycznie suicydalną konwencję, wchodzę do pokoju chwilę po krótkim łkaniu kiedy mi Warszawski wyliczył dlaczego jestem nikim i kątem świadomości widzę jak się szybko przeklikuje z otwartego przed chwilą maila, kiedy się nad nim pochylam, żeby zapytać co chce zjeść.
Jedzenie, niejedzenie, histeryczna obsesja. A może mam problem z postrzeganiem upływu czasu.
Kończę się.
Zamknij się, milcz.
by greta 2010-03-09 10:42:00
skomentuj (20)
Roczniak
Śpi, na mrozie obracam w palcach papierosa, para-buch, rutyna w ruch, logistyka dnia niepowszedniego, krwawienie i mdłości, wino w kieliszkach i jedzenie palcami aż do poparzeń, migocą lampki w cichą noc, szeleści pościel, w domu tłumiony gwar, ludzie lokują się po pokojach, dziecko kończy rok, więc świętujemy, smukły, uśmiechnięty chłopczyk z dołkiem w brodzie.Ostrożnie się stawiam na ubitej, zmrożonej ziemi, opieram biodrem o samochód przeciwważąc wyślizgującego się z drugiej strony synka, zatrzaskuję w środku kluczyki, więc znowu podciąganie w górę dziecka, schody, pęk kluczy od mieszkania, szaliki i czapki na oczach, zapasowy komplet, zjeżdżające po biodrze dziecko w śliskim kombinezonie, schody w dół i szczypiące minus dwadzieścia, kręcę tyłkiem w krótkim kożuszku i wysokich butach, A. rozbawiony wkłada mi palce w usta, postękuję bezwiednie, sztywnieją mi dłonie a po plecach cieknie strużka, śliczny chłopak z naprzeciwka kłania się z zalotnym "dzień dobry, sąsiadko", przyjemny zawrót głowy, ale "mamo!" trzyma mnie w pionie.
Przeć do przodu, wypychać dziecko przed siebie, nie oglądać się, nie czekać na nikogo.
Przedkładam wystające kości biodrowe nad twardość pełnego, ciążowego brzucha opasującego mnie aż po plecy.
Przedkładam monosylabizującego, samodzielnie chodzącego chłopca nad roślinnego noworodka, półsztywne-półbezwładne ciałko o minimum przytomności.
Przedkładam oswojoną rutynę i ustalony rytm nad lęk i chaos pierwszych tygodni z dzieckiem.
Przedkładam też Warszawskiego w ciężkim płaszczu i z nim cmoknięcia w przelocie nad każdego Hanka Moody'ego.
Swoją drogą - Californication mnie przygnębia.
Nie mieć więcej dzieci, żyć życiem banalnym i przyjemnym.
Na wieki wieków.
by greta 2010-01-28 16:32:58
skomentuj (10)
Wesołych świąt
Do świąt powinno mi zblednąć na przedramieniu zasinienie po wkłuciu.Ciało na każdą próbę wejścia do środka reaguje jak na gwałt, co jednak jest dziwne, bo w końcu od zawsze kręcił mnie przymus.
Moja osobowość ma na imię, powiedzmy, Lexie, stoi za mnie w przedświątecznej kolejce, wytrwale i cierpliwie, kiedy kolejny raz nie wchodzi kod dziewczęcej sukieneczki rozkłada z uśmiechem ręce do stojącego po drugiej stronie Warszawskiego. Staruszka przede mną zaczyna się niecierpliwić i pokrzykiwać, kobieta od sukienki patrzy niewzruszona w sufit, dziewczyna za kasą wykręca kolejne numery telefonów, wszystkie zajęte, kolejka się wydłuża, stoję i patrzę na falbanki sukienki, na mężczyznę o arabskiej urodzie, któremu wieszają się na ramionach dwie dziewczynki z ZHR, wrzuca im pięć złotych do plastikowej puszki, a kiedy obskakują pomstującą staruszkę ta tylko fuka, że jej przeszkadzają i skupia agresję na zdenerwowanej kasjerce. Kasjerka z trudem się podnosi łowiąc wzrokiem kogoś do pomocy, spod fartuszka wysuwa się zaawansowany, ciążowy brzuch, w tej jednej sekundzie Greta podeszłaby i pieprznęła staruszkę w czerwoną gębę, rozbujała jej do reszty tę główkę samochodowego pieska, ale Lexie każe się skupić na jednej z dziewczynek, która właśnie uwiesiła jej się na łokciu i na jednym oddechu pyta, czy możemożemoże spakować mi zakupy.
Więc się skupiam, wspólnie z dziewczynką wkładamy wszystko do torby, skupiam się na pakowaniu w kartony ubrań, które kiedyś były moje, a które już na mnie nie pasują, skupiam się na wieszaniu świątecznych ozdób, choć brokat kłuje mnie w oko. Jestem prawa i porządna.
W którejś kolejnej sekundzie Greta wciska gaz i wyprzedza bez mrugnięcia na podwójnej ciągłej.
Chwilę później Lexie toczy głupawą i pełną przepraszających uśmiechów rozmowę z dwoma młodymi policjantami, ponosi konsekwencje, rzecz jasna, choć Greta by prędzej umarła.
Wszystko się zawiązuje na kokardę, upina i wygładza, żeby celebrować po raz kolejny cud narodzin, strach i trzewia, krew i panikę, kobieta umęczona jak zwierzę, ale Lexie ją szarpie za ramię i stawia do pionu.
Po raz pierwszy święta mają dla mnie jakiekolwiek znaczenie.
by greta 2009-12-17 20:57:52
skomentuj (19)
Baby did you forget to take your meds?
Dziecko przechodzi z pokoju do kuchni stawiając stopy twardo, płasko na podłodze i klepiąc radosne "mamamammamma". Siła bezwahań, czarnobiałość zasad, optymalna mobilizacja w strachu i małżeńska zespołowość
jak najpierwszy kodeks moralny
jak najświeższy kręgosłup
pierwsze w życiu poczucie, że mi nie wolno wszystkiego.
Paradoksalnie gorzka dojrzałość.
Wczesny wieczór, ciasno spięta płaszczem idę wzdłuż Marszałkowskiej, nie odpowiadam na uprzejme dobry wieczór od grupki chłopaków, nie odpowiadam na smsy, nie nalegam na seks.
Wymiguję się.
Odwieczna niejasność sytuacji między kobietą a mężczyzną.
Wracam do domu, w sypialni pali się boczne światło,
włączone radio, buczący komputer.
Śpi.
Świat jest popierdolony wszędzie tam gdzie nie ma dziecka.
Kalejdoskop twarzy przy stole, dziewczyny, przy których ufnie się upijam, konserwatywne małżeństwo organizujące swoim synom okolicznościowe sesje z pasem, menażeria rodzinna, z którą prostuję relacje, to aż zabawne jaka potrafię być wyluzowana i pogodna za sprawą regularnie przyjmowanych białych tabletek.
Zadowolona i nieśmiertelna wpadam w zachwyt na koncercie Placebo, wpadam w zachwyt nad szybkością transferu torrentów, zachwyt nad smakiem wina i pierwszeństwem na światłach.
Więc dlaczego czekam aż to się skończy?
by greta 2009-11-30 15:45:20
skomentuj (3)
Medea idzie się leczyć
Skrzyżowanie Płowieckiej z Marsa, środek kipiącego placu budowy, jest mi gorąco i rozpinam płaszcz, dziecko ćwierka z tyłu, sznur idzie gładko dopóki światło zmienia regularnie trzy kolory, kiedy jestem piąta, szósta w kolejce wszystko się wypieprza i miga tylko na żółto, ruch na mojej z pierwszeństwem zamiera, podporządkowana za to wpycha się i blokuje, ludzie wysiadają i wrzeszczą na innych, krew mi uderza, dziecko nadal ćwierka po swojemu, z prawej podjeżdża pseudoterenowa, babska toyota i zatrzymuje się na środku pasa z nakazem skrętu w prawo, włącza lewy kierunkowskaz i poluje na sierotę, która zostawi zbyt wiele miejsca za tyłem poprzedniego samochodu. Naciskam gaz, podjeżdżam i blokuję, przez szybę drąc się na faceta, żeby wypierdalał w prawo, skoro ma nakaz, że będę tu stała, ćwoku, a nie pojedziesz tym pasem, on patrzy na mnie z politowaniem, uśmiecha się i porusza ustami w spokojnym "spadaj, głupia cipo", zatyka mnie, na skrzyżowanie wchodzi policjant i kilkoma ruchami przywraca porządek, ruszam gwałtownie, bo mój sznur idzie, od razu przestawiam się na lewy pas, bo prawym sunie dźwig i zrywam się, by minąć ten cały bajzel, w tym samym momencie gość w daewoo przede mną też go postanawia wyminąć i bez kierunkowskazu wpieprza mi się pod maskę.Piszczą hamulce, samochód staje dęba, zarywam prawie czołem w kierownicę.
Daewoo ucieka całą swoją parą, ale z zimną wściekłością doganiam go po kilku sekundach, zrównuję się, trąbię przez długą minutę, wyprzedzam i gwałtownie hamuję mu przed nosem uciekając w ostatniej chwili, słyszę piszczące hamulce i widzę jak go nosi po koleinach, odjeżdżam, oddycham, mijam światła, skręcam w swoją ulicę.
Jedziemy spokojnie wzdłuż lasu, śmieję się i mówię do dziecka, że jezus, prawie mi tam odbiło, wyobrażasz sobie, odzywam się i odwracam głowę, zero ruchu i reakcji, główka w bok i pełna cisza, nie widzę nic, bo siedzi do mnie tyłem, dotykam jego głowy i wołam coraz głośniej, on nie reaguje, zjeżdżam na pobocze, na jednym oddechu wypadam z samochodu i dopadam tylnych drzwi, ma zamknięte oczy, jest blady i bezwładny, robi mi się niedobrze a on w tym momencie porusza językiem w rytm bezwiednego ssania, wzdycha i w głębokim śnie przekręca główkę w drugą stronę, bo razi go światło.
Upadam na kolana w ziemię, w otwartych drzwiach samochodu i wyję.
by greta 2009-10-15 11:03:13
skomentuj (19)
Matematyka
Szczęknął mi wrzesień zapadką zanim się zorientowałam. Piszę i komputer odsuwa się ode mnie po stole, centymetr po centymetrze, jakby się wściekał i robił uniki, to taka zabawna sytuacja, patrzę w klawiaturę i chce mi się rzygać na samą myśl o pisaniu.Wiozę dziecko w kierunku morza, wiatr smaga nas długimi, piaszczystymi falami po twarzach, nawet w tym czuję wrogość, odruchowo napluć w słoną wodę, wywrzeszczeć wypierdalaj ze swoim niezdecydowaniem, ze swoim zalewaniem butów i cofaniem znowu w ciemność, miotam się, mewy się drą, dziecku się cisną łzy do oczu. Jestem mała i śmieszna, przeczesuję palcami włosy, zmywam sól z twarzy.
Liczyć. Matematyka ma gładkie powierzchnie i klarowną formę. Nie poddawać się, liczyć.
Nie wolno się bać samotności, nie wolno, jak psów i śmierci.
Przyjdzie, obwącha, legnie pełnym ciężarem na kolanach, ale jeśli nie będę się bała to nie poleje się krew.
Nie ruszać się, oddychać równo.
Liczyć.
by greta 2009-10-07 21:05:46
skomentuj (1)
Hymn przypadku
Książki wybieram losowo spośród zaległych, ale łączą się historiami na zasadzie przeciwieństw, studium podróży bez określonego celu. Pociąg relacji Warszawa-Poznań, przestrzeń między punktami, udo przy udzie lub naprzeciwko.Drżenie w brzuchu, ściągam i przytrzymuję wewnątrz cały zapas ciała, pochylam głowę i spod powiek patrzę na różowe światło osiadające na rzęsach, czarne sylwetki obcych ludzi, zawsze płaczę na koncertach, zróbcie mi tylko miejsce i anonimowość, przy National Anthem ledwo stoję, doskonale nieprzytomna, spionizowana podprogowym sygnałem.
Jestem płytkim mechanizmem, puste miejsce po dziecku pełne elektroniki i sztucznego rytmu, choć można to zapełnić czymkolwiek, bzdurami, wstydem, alkoholem i piciem sobie z dzióbków, przyjmę i przemielę wszystko, wierna tylko temu, że
nienawidzę wszystkich, kocham wyłącznie moją dwuosobową rodzinę.
by greta 2009-08-27 09:47:32
skomentuj (11)
Nieśmiertelność
Głuchy stuk łopat. Osunięcie trumny.Trzymam się z dzieckiem z tyłu, gotowa do wyjścia w każdej chwili, na szczęście dostałam osobny samochód, małą, tępą, automatyczną puszkę dla emerytów.
Woń rozgrzanych słońcem garniturów, świergot ptaków i pył na czarnych butach.
Wzdragam się na zakopywanie ludzi, jest w tym jakiś gwałt, jakaś zbrodnia na naturze. Sypanie człowiekowi piachem w twarz w podsumowaniu.
Konie na Rynku Głównym, festyniarskie dorożki, usadzane tłuste dupy, wpadam obcasem między kostki bruku, nie odzywam się prawie, przyćmiona gwiazda, nieswoja w swoim mieście, wypożyczam, oddaję wszystko co moje, przyjmuję bez sprzeciwu perspektywę obojętnych mi ludzi. Tęsknię za rodziną.
Kot wbija mi pazury w udo moszcząc się w każdej chwili, w której gdzieś usiądę, zaciskam zęby i głaszczę ją w poczuciu winy, miotam się między dzieckiem, pracą, byciem z mężem, wzbiera mi histeria słoną falą nie do odparcia, odpieram, odbieram sobie prawa, potem w stuporze czekam na piach w oczy. W zestawieniu ze słoną falą wychodzą mi czyjeś wakacje nad morzem.
Wyniszczający lęk przed samotnością, kompromisy, targi i pożyczki, ty ćwierć i ja ćwierć, pogoń za unieśmiertelniem, tym tu i tym później, wpędzi mnie w końcu do grobu.
by greta 2009-08-19 10:49:12
skomentuj (5)
Kręci się kręci się koło za kołem
Otwieram drzwi.Zapada się pode mną podłoga, zjeżdżam w dół na ciężkiej linie, gwałtowne uderzenie windy o parter. Wychodzę.
Próbuję się przebić szpilkami na wolność - szalenie żmudna dłubanina.
Prawie wszystko robię wbrew sobie, nie rozumiem tego, co mówię, nie poznaję działań i taktyk, nie potrafię się sama przed sobą wytłumaczyć. Wytłumacz się, kurwo.
Jestem flakiem wywróconym na lewą stronę.
Płaskoniż, czołgam się po dnie, strzela przyjaciel i nieprzyjaciel, krwią mi się broczy biała flaga, należało udawać trupa, należało trupem być.
Wozić się windą, patrzyć na ludzi, śnić sen gęsty i lepki, sunąć ciepłym cugiem po plecach młodej aktorce, mieszkającej na szóstym piętrze, chwiać zdartymi obcasami niezachwianym księgowym z biura piętro niżej, własne piętro mijać konsekwentnie, nie pokazywać się, tępa i pijana, co ze mnie za matka.
Otwieram drzwi.
Czarny, betonowy szyb.
by greta 2009-07-17 22:00:38
skomentuj (5)
Pachnidło
Końcówka mydła, które kupiłam do szpitala i spazm tamtego poczucia bezradności, strachu, bólu i ekscytacji nowym. Olejek Nuxe i jestem w Limie, nad ulicą kołyszą się palmy i niesie się bryza znad Pacyfiku.Rzadko używany Hot Ralpha Laurena od June i znowu mam wieczór panieński, jestem durna i beztroska.
Składam się ze zmian pogody i reakcji na zapachy.
Stoimy z Olą w korku. To już kolejna godzina naszego spotkania, więc opary absurdu nam się zagęściły, histerycznie chichoczę i tłukę dłonią w kierownicę, kiedy wreszcie ruszamy, wszyscy ciągną się za nami w bezpiecznej odległości, patrzę na jej rude loczki i zgrabny nosek, przez tę całą elegancką powierzchowność niemal nie dostrzegam kalejdoskopu cynizmu, ciętego języka i podlanych alkoholem fotografii fragmentów ciała w bieliźnie, w tym wszystkim się nam gdzieś pęta troje dzieci, które przez chwilę wyją symultanicznie, ten związek to chyba największy chaos jaki miałam w życiu.
Wracam późnym wieczorem do domu, senna, pijana, stukam obcasikami i trzymam się w całości połami płaszcza, jakiś mężczyzna przejeżdża mimo, opuszcza szybę, pyta jednoznacznie czy mnie gdzieś nie podwieźć, zapadam w chwilowy stupor, ale najbardziej oburza mnie fakt, że zwraca się do mnie przez "ty".
Siódma rano, dziecko nawołuje, więc przynoszę go do naszego łóżka, zapadam w półsen, kot po mojej prawej, przy głowie, po lewej A. zasypia z otwartymi ustami, Warszawski przez niego trzyma na mnie rękę, ciepło, słońce się sączy, radio się sączy, spacery i deszcze, piszę za pieniądze zamiast pracować naprawdę, mascarpone, truskawki, rude loczki, fontanna na Polu Mokotowskim, wino w kieliszku i nogi na stole.
Nie mam żadnych nietypowych zapachów, zapomnę to wszystko w cholerę.
A szkoda.
by greta 2009-06-11 16:18:22
skomentuj (16)
Zmienne
Ludzie i pieniądze, dwie kryzysowe, bezwzględne zmienne.Czytam kolejnego Boyda, popycham wózek brzuchem, A. patrzy na moją twarz, okładkę książki, przesuwamy się notorycznie, motoryką ciągłą, ciemnieje niebo nad polem mokotowskim, jeszcze chwila i deszcz, próbuję zasłonić sobą wózek, sinieją mi kostki palców na uchwycie, idę na sztywnych nogach, spodnie lepią się do ud, chce mi się płakać, chce mi się umrzeć, idę, przestrzegam kolorów świateł, idę i bolą mnie piersi.
Stoję z Olą w przymierzalni, ona kręci się przed lustrem w bieliźnie, bezmyślnie patrzę na jej ładne nogi, rozmawiamy, w tle widzę pustą twarz i nie poznaję się przez chwilę, cichym poszumem rozlewa mi się w ramionach alkohol, gorąca, obezwładniająca fala, mrużę oczy w halogenowym świetle, sms w torebce, takie sztuczne drgnięcie jakiegoś życia.
Nic nie jest prawdziwe w zmienionych warunkach centrum handlowego.
Korowód kolejnych miesięcy, nie mam nazw na tę porę, nie mam odporności na nic, jestem stygnącą raną, więc łatwo mi się może wdać zakażenie,
dalej, proszę, to najlepsza chwila by mnie zmóc na amen,
później już nigdy nie będzie tak łatwo.
Jak już się odrodzę to pozabijam, przysięgam.
by greta 2009-05-15 21:45:33
skomentuj (4)
Zmiany
Codzienna, obowiązkowa defilada ulicami Śródmieścia, jestem jak żołnierz reprezentacji honorowej, w odniesieniu do unifikacji i mętnego celu ceremoniału, mijam wyjące karetki, cmokające prostytutki z Poznańskiej, mijam, doskonale niewidzialna, kółka terkocą, wciągam ciężkie piersi głębiej między ramiona, i tak mnie nie widać zza wózka, choćbym się nie wiem jak prostowała.Nie mam z A. niemal żadnych wspólnych zdjęć, wszyscy uznają za obowiązkowe fotografowanie osobliwości jaką jest troskliwy ojciec, matka jest elementem stałym, nudnym do zrzygania, tłem defaultowym, fotografuje się ją z dzieckiem równie często jak mieszkaniec Paryża odwiedza wiadomą wieżę, tudzież troskliwie wycina z kadru, w efekcie widnieje na nim jedynie jej ręka podtrzymująca chybotliwą główkę lub obnażona pierś.
Warszawski śpi od strony dziecięcego łóżeczka celem oddania mi pełnej nocy, ale i tak na każde chłopięce stęknięcie, nawet po końskiej dawce hydroxyzinum przeskakuję go w mgnieniu oka i chwiejna pochylam się nad dzieckiem. Natychmiast odzyskuję przytomność. Odzyskałabym chyba nawet po strzale w głowę.
Paradoksem jest, że ja, najwierniejsza morfeuszowa kochanka szybko przywykam do funkcjonowania na pograniczu światów. Nie wierzę już w siebie sprzed.
Wierzę, że wszystko co należy zrobić, to, żeby A. był szczęśliwy. Nie mam złudzeń, że w realnym życiu mam jeszcze jakiekolwiek znaczenie.
Świat może się złudnie kręcić wokół mnie jeszcze tylko na tym blogu.
by greta 2009-04-06 12:37:52
skomentuj (21)
Blues
Boli mnie kręgosłup i wnętrze oka, śpi mi tam podwiniętą rzęsą dziecko, spokojne i ciepłe, przechodzę przez korytarzi mijam siebie w lustrze, krótki wstrząs, że wyglądam jak dawniej, potęga brzucha ustąpiła miejsca bladej,
wydłużonej twarzy, na tle czarnych spodni i bluzki wyraźnie odcina się różowość skóry noworodka oraz jego białe
ubranko, rutyna opieki urozmaicona indywidualnym podejściem i charakterem dziecka, założę się jednak, że jemu, jak
dotąd, wszystko jedno kto się nim zajmuje.
Maligna sekwencji zdarzeń, mogę płynnie przechodzi w muszę, czuwanie w nocy, czuwanie w dzień, ciemność bez
różnicy, zapadam w sen gwałtownie i na krótko, śni mi się gładka dziecięca skóra i miękkie, zbyt długie paznokcie,
które się wyginają pod nożyczkami, przywieram obkurczonym ciałem do pleców Warszawskiego, czekam z otwartymi
oczami.
Czekam.
Nie odnajduję w nim swoich rysów, choć twarz ma tak dobrze znajomą, pomimo to słabo się ciągle identyfikuję,
wsiadam nieprzytomna do samochodu,
znowu jestem pojedynczym ciałem i odpowiadam wyłącznie za siebie,
wyprzedzam jak durna, zrywam się na światłach, samochód bez wstydu pokazuje swoich dwieście koni,
mrowienie w krzyżu z emocji,
nie wierzę w Boga, więc tym bardziej mnie w tym krzyżu mrowi,
czuję się niepotrzebna, zastępowalna, jak pierwsza lepsza służka.
Jestem z premedytacją nieważna.
by greta 2009-02-05 21:03:12
skomentuj (17)
Pokrój, przekrój
Przynajmniej jedną noc przespać w każdym z nowych pokoi.Byle dalej od małżeńskiego łóżka, w państwie duńskim okresowo wojna, którą z premedytacją podtrzymuję, bo to ja
JA noszę oręż.
Tętnienie w brzuchu, dziecko ma czkawkę, od tygodni wszystko się zaczyna odbijać po wielokroć, przeszła zmiana roku, zima spoważniała, marznę a później kruszeję jak droga porcelana, więc też ostrożniej się poruszam i unikam tłumów.
Jednak zupełnie pęknięć uniknąć się nie da, tym bardziej, że w środku mam realnego łamacza hartów, później człowiek cały taki nadpsuty i poklejony a mówią, że dobrze jest przetrwać najcięższą z pór w jednym kawałku. Nie uda mi się.
Mam na języku smak żelaza, czyli głębiej jest ruda.
Chociaż może jednak będzie blondynem.
Zawroty głowy i małe histerie tuż przed. Wszystko się zmieni, więc czekam pełna obaw, ale też świadoma,
Że bardziej gotowa już nie będę.
No, dalej.
by greta 2009-01-05 23:08:44
skomentuj (17)
Korek
Pochylam się nad wanną, żeby spłukać farbę z włosów, podnoszę twarz do lustra, znowu udało się udać, że nie jestem ruda.Dziecko za to na pewno mnie zdradzi.
Piersi rozsadzają staniki, brzuch rozsadza spodnie, cała jestem jak obfita, wiosenna rozsada w środku nieudanej zimy, przez skórę chwilami wypina mi się na świat drobny, chudy tyłek, jego już prawie namacalne istnienie powoduje we mnie panikę i zwiastowanie nieuchronnego, bardziej jednak boję się śmierci niż nowego życia,
taki odwieczny, ludzki atawizm,
więc kiedy po miesiącu od ostatniego spotkania zauważam już w progu zupełnie nieprzytomne oczy jego babci, twarz jak wydmuszka i zmienione, jakby rozluźnione rysy, to czuję jak mnie zatyka ten całkowity brak tchnienia, przerasta drobne, prawie puste ciało,
krew mi wolniej krąży, spada temperatura i balansuję na granicy omdlenia
poddaję się i wysychają mi usta.
Żywa, wyraźna obecność śmierci w zastępstwie prawdziwej zimy.
Krążę po pustym, cichym mieszkaniu, co chwilę zapada zmrok a ja nie zapalam świateł jakby to ułatwiało unikanie ludzi, a wystarczy po prostu siedzieć cicho, nie odzywać się do nikogo, nie pokazywać i się milczeć, w końcu w gardle mam dziecko, obsunęło się i zatkało, kiedy się pochyliłam nad tą wanną, żeby spłukać farbę.
Dlatego przepraszam.
I nie wiem kiedy to się skończy.
by greta 2008-12-27 22:28:24
skomentuj (17)
Movement
Pakuję nasze zgromadzone przez te kilka lat rzeczy do kartonów, przy okazji wyrzucam tony różnych niepotrzebnych gówien, najczęściej przechodzonych prezentów, które dostawaliśmy od mojej teściowej, zawsze wprawiało mnie w konsternację rozpakowywanie przy okazji grudniowego święta różnych niepotrzebnych przedmiotów, szczególnie jeśli było widać, że są używane i liczą sobie ładnych kilka lat, jak maszynka do robienia makaronu w naddartym pudełku czy komplet mocno spranej, lecz wykrochmalonej pościeli z lekko nadprutą koronką, czuję się wtedy zawsze jak niespodziewany gość przy stole, dla którego nikt nie przewidział prezentu. Rzadko kiedy można czuć się bardziej podle.Kurz pod paznokciami i opadająca na oczy grzywka, ciało mnie ogranicza we wspinaczce do najwyższych półek, znajduję pudełko ze starymi listami i wśród nich półerotyczny, półretoryczny od mojego byłego chłopaka, czuję się niezręcznie i nieswojo na wspomnienie tego, co się wtedy podobno działo, to już nie moje życie, nie tamto ciało, nawet ciężko mi je rozpoznać, realne jest tylko to, co teraz, tylko temu wierzę, idiotycznie naiwnie, ale też z pełną tej naiwności świadomością i gotowością na konsekwencje, jak kilka tygodni temu, kiedy siedziałyśmy z Cloudy u architektów, bo zbliżył się koniec remontu w centrum, więc jesteśmy w najbliższym miejscu, żeby coś zjeść, Ola wychodzi zapłacić za parkowanie naszych samochodów, ja zostaję przy stoliku z racji ciążowego starszeństwa, środek tygodnia, środek dnia, a ludzie kręcą się i tłumnie zajmują miejsca, głośno i ciemno, młodzi mężczyźni w płaszczach przy drzwiach, właśnie weszli i jeszcze się rozglądają wokół po sali i stolikach, przy okazji dostaję jeden a później drugi strzał oczami,
i nagle jestem kompletnie zdezorientowana,
siadają przy stoliku opodal, odwykłam od zainteresowania, więc opuszczam głowę i dłubię widelcem w talerzu, a po powrocie do domu obejmuję Warszawskiego z oddaniem i ufnością.
Naiwność zabiła kota.
Za grosz instynktu samozachowawczego.
Sąsiad pali na balkonie, przychodzę i siadam, patrzę przez szparę uchylonego okna i jestem lekko podekscytowana, wdycham gorzką, rozrzedzoną strużkę chociaż pewnie powinnam zjeść jabłko, tęsknię za moim samochodem, a raczej za dawną sprawnością w jego obsługiwaniu, teraz jeżdżę jak wszyscy, mniej pali co paradoksalnie do sytuacji na balkonie mnie cieszy, czytam kolejną książkę Boyda i uzurpuję sobie prawo do zaklepywania tego pisarza, jak to możliwe, ze nie słyszałam wcześniej tego nazwiska, jest świetny, historie wchodzą gładko i zostają długo, nie myślę dużo o tym co będzie, jakiś mechanizm obronny a może mądrość życiowa lub wręcz przeciwnie - skrajna głupota i nieodpowiedzialność, jestem białym, miękkim w środku oczekiwaniem,
chwilowo odwracam się do świata plecami
nie lubię jak mi się patrzy na brzuch.
by greta 2008-11-26 12:40:38
skomentuj (11)
Wańka wstańka
Jestem jak rosyjska zabawka, prezentuję skrajne postawy.Od odruchowej, bezwarunkowej gotowości do poświęceń po wyjściową pozycję bojową, żadnych negocjacji, gdy szczytem dobrej woli jest zgoda na pocałowanie mnie w dupę. Dodatkowo drastycznie zmienia mi się środek ciężkości na rzecz chłopca o kruchym jeszcze szkielecie, który jednak dokładnie widać przez usg, ciało mi się deformuje i wypacza, jestem dwuczłowiekiem, drewnianą matrioszką, nie mam do zrobienia w życiu nic ważnego, więc poza mailami, słownymi przepychankami, chwilową pracą i walką o pieniądze czekam na święto zmarłych żeby odwiedzić dziadka po raz pierwszy w tej nowej formie, śnią mi się porody i sens życia, to, przed czym nie można uciec zdaje się być łatwe, gorzej zawsze z wolnymi wyborami.
Czytam Siri Hustvedt, całkiem świadomie zdradzam Austera na rzecz jego żony, bliżej mi ostatnio do kobiet niż mężczyzn, jako postać dwupłciowa jestem niemal samowystarczalna, niemal, bo tak wielu rzeczy nie umiem, nie potrafię, nie mam koncepcji na wychowanie dziecka, chłopca w szczególności, zupełnie nie wiem czego chłopcy potrzebują i oczekują, jak z nimi rozmawiać z pozycji kogoś komu należy ufać i na kim można polegać. Skupiam się więc na logistyce i zaopatrzeniu, poza tym wierzę w jego silny charakter, który da o sobie znać całkiem autonomicznie prędzej czy później.
Dużo pracy przed nami, nie mogę teraz się poddać, wracam do pionu.
by greta 2008-10-18 15:54:38
skomentuj (16)
Wspomnienie - proszę mi to wybaczyć
Koniec pory deszczowej, rzadko już pada, ale woda zajęła większą część dostępnego lądu, przemieszczamy się łódkami lub brodzimy w wysokich kaloszach, Rene idzie pierwszy i tnie maczetą wybujałe liście i kłącza, idziemy za nim powoli i ostrożnie, czarna woda po kolana, syczy, drży i ćwierka, gorąco, jestem ubrana w długie spodnie i bluzę po szyję, drobne komary całymi stadami wchodzą do uszu i nosa, ocieram twarz z potu, Rene przez te kilka dni z niemal dziecięcą frajdą powtarza polskie słowa, przechodzimy wydeptane szlaki między wioskami, na drodze kobiety kroją kilogramy kurczaków na weekendowy festyn, muchy i bose dzieciaki w rozwleczonych majtach, szkielety pojedynczych psów snują się pod palami plecionych domów, ziemia jest miękka i błotnista, kolorowe papugi i olbrzymie drzewa, pamiętaj, wytrząśnij zawsze buty przed wsunięciem ich na nogi.--------------------
Wczesne przedpołudnie, siedzimy wszyscy w łodzi, patrzę na mętną wodę Amazonki i przepływające mimo pojedyncze kanu, piranie żerują stadami wśród odpadków i spienionej wody przy nabrzeżnych domostwach, łowimy już od godziny i ani jednej ryby, w ciszy i z cierpliwością, zaciekawione przychodzą dzieci z pobliskiego szałasu, trójka w różnym wieku, zwieszają się z niskiego drzewa rosnącego tuż nad poziomem rzeki, najstarsza dziewczynka w końcu burzy wodę kijem i pokrzykuje, piranie przypływają grupą i w mgnieniu oka obżerają nieźle już przepłukane mięso ze wszystkich zaskoczonych haczyków. Po jakimś czasie uczę się już charakterystycznych ruchów, delikatne szarpnięcie i trzeba podciąć natychmiast, ryba się szarpie, Rene zabiera mi wyginający się kij, jestem przerażona, na pokład wpada drobna rybka z ogromną gębą i szeregiem spiczastych zębów, po chwili wyciągam drugą, mniejszą i tę wpuszczamy z powrotem do wody, Rene śmiejąc się mówi do mnie "especialista, especialista", pierwsza rzuca się po dnie łodzi dopóki J. nie rozcina jej kręgosłupa wiosłem.
Jest to jedyna ryba tego przedpołudnia, próbujemy i ma smaczne mięso, oprawione szczęki zawijam w różową, papierową serwetkę.
--------------------
Późny wieczór, płyniemy wąską ścieżką, co chwilę liście i gałęzie przesuwają mi się po plecach, nic nie widzę w ciemnościach, plusk wody i krzyki małp, nie zanurzajcie palców, J. mówi o czterometrowych anakondach polujących w nocy, ale odstrasza je podobno światło latarki, nasza jest jak reflektor, dlugi snop pomiędzy drzewa, uciekające jaszczurki, na końcu widać już latarnie lodge'u, jest gorąco i wilgotno, siedzimy w głównym budynku, ciepły rum i dwie histerycznie śmiejące się Chinki, migotliwe światło lamp naftowych pełnej ciemności, chłopcy grają na gitarze i próbujemy śpiewać, ale znamy różne piosenki i o ile my głównie Stare Dobre Małżeństwo, o tyle oni wszystko, co moglibyśmy nazwać "piosenką biesiadną", przy trzeciej butelce rumu wyjemy już jednak zgodnie "góralu, czy ci nie żal", tłem cykady, wrzaski małp i papug, później lekko pijani drewnianym chodnikiem położonym na palach, każdy ze swoją naftówką, lecz trochę po omacku, słyszymy się dobrze przez ściany pokoi, J. ostrzega przed porannymi atakami kapucynek w otwartej jadalni, zamiast dachu nad łóżkiem mamy wzmacnianą moskitierę, długo w nocy patrzę na wolno spacerującego po niej gekona, dżungla wrze i kipi, z hałasu nie da się zasnąć.
---------------------
W Iquitos siedzimy przy głównym deptaku, tuż obok na ścianie wielki znak z rysunkiem przekreślonego dziecka i ostrzeżeniem o zakazie dziecięcej prostytucji, podchodzą do nas indiańskie dziewczynki, bose, z wężami na ramionach, próbują wyciągnąć pieniądze, jeden z węży ma pysk zaklejony przezroczystą taśmą, J. chwyta starszą mocno za przegub i spokojnie tłumaczy po hiszpańsku, żeby dały spokój, młodzi, dlugowłosi indiańscy chłopcy o jakich można było tylko pomarzyć w licealnych czasach rozkładają maty z ręcznie robioną biżuterią i uczą się żonglerki. Mają koszulki z System of a Down albo Slipknotem, brązowe oczy i piękne zęby, uśmiechają się tak, że za odpowiednią cenę możnaby mieć od nich wszystko. Pijemy piwo, rozmawiamy, patrzę na brunatne wody Amazonki, później na lotnisku, przed odlotem do Limy J. odwija skarpetki i wyciska drobne czerwone krostki wokół kostek. Z ciekawością silniejszą niż obrzydzenie pytam co robi, mówi, że wyciska spod skóry jajeczka much, których larwy żerują później w skórze właściwej. Śmieję się, w samolocie stewardessa rozpyla przed nami środek owadobójczy, a w Limie, w hotelowej łazience odnajduję wokół kostek mnóstwo zaognionych na czerwono ugryzień.
---------------------
Lima widziana po raz drugi po prawie miesiącu, wcześnie i niedziela, idziemy przez Miraflores nad ocean, owoce zwieszają się ciężko nad ulicami, msze w kościołach i gęsta mgła nad brzegiem, świeża, pachnąca sola i czerwone banany, ludzie jedzą w restauracjach całymi obfitymi rodzinami, białe obrusy i drewniane skrzynki z żywymi jeszcze krabami, mężczyźni na motorach, siadam na murku przy skarpie nadbrzeżnej, od wilgoci i gorąca kręcą mi się włosy.
---------------------
W Nazca wstajemy przed szóstą i bez śniadania jedziemy na lotnisko. Loty są szybko, siadamy z pilotem we trójkę, trochę kręci mi się w głowie kiedy zawraca nad płaskowyżem, niebo jest przejrzyste a powietrze gładkie, samolot idzie miękko, pilot dużo się śmieje i głośno opowiada o naziemnych rysunkach, później przez cały dzień boli mnie głowa i nie mogę jeść, mało co widać na zdjęciach, ale lot był przyjemny, śmiejemy się tylko ze zwyczaju pobierania opłat dopiero po wylądowaniu. Prawie dwa tygodnie później, w hallu hotelu w Cuzco mówią w wiadomościach, że poprzedniego dnia nad płaskowyżem Nazca rozbiła się cessna. Zginęło pięciu francuskich turystów i peruwiański pilot.
---------------------
Droga do Arequipy jest długa i większość odbywamy późno w nocy. Zasypiam, bo dopatrywanie się dna urwiska wzdłuż którego jedziemy w takich pełnych ciemnościach przyprawia mnie o mdłości. Warszawski długo wytrzymuje żartując z mojego przerażenia, w końcu kiedy przez piętnaście minut obaj kierowcy bezskutecznie walczą z brudem przedniej szyby, bo nie widać ani drogi ani świateł - zrywa się z miejsca i pomaga im w czyszczeniu. Rano Arequipa jest piękna i słoneczna a młodziutka lokalna przewodniczka koniecznie chce, żebyśmy odwiedzili jej rodziców w Chivay. Jesteśmy już cały czas powyżej 4 tysięcy metrów, wyjmuję z bagażu kurtkę.
---------------------
Puno nie pamiętam. Widok z okien restauracji na jezioro, australijska polonia na tej samej kolacji i starsza pani od 40 lat mieszkająca w Melbourne, która okazuje się być kuzynką mojej historyczki z liceum, butla z tlenem i w końcu przeciwgorączkowe zastrzyki, odliczam dni kiedy zjedziemy poniżej 3,5 tysiąca i biorę regularnie leki, nogi miękko zapadają mi się w podłoże kiedy wysiadamy na jednej z wysp Uros, wesołe dziewczyny mieszkające na tych gigantycznych, słomianych tratwach, ściemnia się i zanosi na burzę, jeszcze tego samego dnia przekraczamy granicę z Boliwią, ciemnowłosy mężczyzna w zielonym mundurze długo studiuje wybrane paszporty, po drugiej stronie, czekając pod sklepem na autobus nie mam co zrobić z kupioną dwa dni wcześniej kiełbasą, nie mam gdzie wyrzucić, w końcu kładę przy górce odpadków przy ścianie i spokojnie patrzę jak zbiega się sfora wychudzonych, boliwijskich psów.
---------------------
La Paz jest tłoczne i hałaśliwe, na środku głównej ulicy koncert jakiejś wschodzącej wersji Sepultury, targ czarownic ciągnie się w górę przez całą dzielnicę, można kupić zmumifikowane płody zwierząt i suszone rośliny albo gotowe wywary, jak opętana kupuję kilkanaście par ręcznie robionych kolczyków, na ulicach wszystkie kobiety w biurowych kostiumach pobrzękują takimi, a dziewczęta z zamożnych domów noszą do nich ludowe stroje.
---------------------
Cuzco lekko rozczarowuje, bezczelność żebraków i nachalność sprzedających prawie jak w krajach arabskich, dzieciaki znające po angielsku wszystkie brzydkie słowa, zostajemy tam kilka dni, przyglądamy się wynaturzonemu obliczu Peru, które dotąd dało się poznać jako specyficzny, ale przyjazny kraj, a ludzie skromni, weseli i uprzejmi, w restauracjach setki turystów, nieprzyjemna obsługa i wygórowane ceny, dobrze, że jeszcze Lima i amazonia, wracamy późnym wieczorem głównym deptakiem, lekko pijani, rozmawiamy i śmiejemy się a nastoletni chłopiec próbuje wyciągnąć Warszawskiemu portfel. Opierdolony kopie go w nogę i wyzywa później z przeciwległej strony ulicy.
Wszystko po to, żeby zobaczyć Machu Picchu i poczuć jakby się wlazło w czyjąś najintymniejszą tajemnicę. Z całą masą innych ludzi.
----------------------
Kilka ostatnich dni. W amazonii poznajemy lokalnego szamana, który do żóltej koszulki i czerwonych bermudów nosi wypastowane na błysk czarne mokasyny. Jest zabawny, ale tylko w pierwszym wrażeniu. Patrzę na J. jak przechodzi między łódkami i jego historię o pełnym paraliżu, wyroku lekarzy i półrocznym leczeniu przez szamanów układam sobie w głowie jak bajkę. Słusznie mówi, że nic jeszcze nie wiemy o Peru ;)
by greta 2008-09-08 13:25:57
skomentuj (14)
Zadośćuczynienie
Radzenie sobie z życiowym chaosem przez podejmowanie długoterminowych planów wytrzymuje próby zaledwie kilku dni. Niekonsekwencja i nieumiejętność radzenia sobie, starzeję się, a nie zyskuję życiowej mądrości. Szlachetność cech jest genetycznie niemożliwa.Przez całą długość kończącego się właśnie lata wyłącznie na ten koniec czekam i boję się, że już nic nie zależy ode mnie. Realnie przeraża mnie świadomość ograniczenia wolności i wyboru, nieodwracalność wszystkiego co się wydarza, boję się, ale zamiast miotać w histerycznej agresji kiwam pokornie głową, nie walczę kiedy wiem, że nie wygram, to szalenie smutne, że nie umiem do krwi ostatniej i latwo się poddaję w obliczu nieuchronnego. Jestem słaba i nie mam charakteru.
Tkwię w gigantycznym piątkowym korku przed tygodniem, plac Konstytucji, przyglądam się ludziom, cykle dłubania w nosie i ekwilibrystyk okołokierowniczych z palonym papierosem na pierwszym planie, tuż obok przebiega prowadzona za łokieć dwudziestokilkulatka, wysoka, w krótkim, biurowym kostiumie, modelowe nogi w klasycznych szpilkach i długie jasne włosy, prowadzącym jest podkoloryzowana do bardziej narcystycznej i starsza o pięć lat wersja Warszawskiego, dobieram sobie kilka drobnomieszczańskich scenariuszy, ale oni po małżeńsku ustalają co zjedzą na kolację i rozstają przy swoich samochodach, ona wsiada do błyszczącego cacka o sportowej sylwetce z odsłoniętym dachem i zgrabnie wyjeżdża spomiędzy słupa i betonowego kosza na śmieci, patrzę na swój rosnący brzuch i myślę o rysie na przybrudzonym nadkolu audi, chce mi się płakać, ale jestem dorosła, więc siłą godzę się z tą niekorzystną różnorodnością świata i ludzkich losów, bezkarnie zazdroszczę nóg i samochodu powstrzymując się od zła życzeń. O to, że mają swoje, jestem spokojna.
W niedzielę wysiadamy na Koszykowej wcześniej, bo jakiś wypadek i zablokowane pół ulicy, idziemy pieszo, poszkodowani, ludzie robią zdjęcia telefonami komórkowymi, swoją drogą nie rozumiem po co komu w galerii telefonu zdjęcie starszego pana w usztywniającym kołnierzu, przyglądam się chwilę, dwa ładne samochody, nowe A6 i sportowe cacko z odsłoniętym dachem, cały przód wgnieciony do środka, biały flak poduszki i blondynka skulona na siedzeniu, poznaję ją po tej starszej wersji Warszawskiego, który chodzi i wydzwania nerwowo, odwracam głowę, jakbym się czuła współwinna,
a przecież nie mam na imię Rosemary,
i nie dostaję żadnych parasubwencji, prawda?
by greta 2008-09-04 11:12:12
skomentuj (8)
